ni- cola, ni-pepsi miu chewa ekhm uliczny uparcie i skrycie blues zabars blog danieluk chomiks gaska siostry-m natalie david firth rupi arlo toothpaste for dinner married to the sea motylek the fly who loved mebartek pogoda paprykarzyca olażwanola fototapeta rodzina street ostrosc suseu lp3 angel-a Anja Garbarek zbyszek voo voo dramatyczny haiku fristajl raz dwa trzy the leaf label pakamera artystyczna wylęgarnia how to fold a shirt in japan cafe kulturalna monopol
ajaj jaja hejtuanek@gmail.com

cyrk.talk.pl


Link :: 05.03.2005 :: 12:25

Na na 3 cm ponad

Komentuj(1)


Link :: 12.03.2005 :: 16:47

(...)

Komentuj(1)


Link :: 14.03.2005 :: 18:05

Ah, więc po raz kolejny dwa kliknięcia i znika to, co było. Właśnie to najbardziej kocham w blogu - zawsze można zacząć od nowa!

Ajajajaj - jęknął Egon Bondy, załamał białe, drobne ręce, uniósł je wysoko, w mroku gospody Pod Bonapartem i, skłoniwszy głowę, załkał cicho, a po chwili gwałtownymi ruchami jak dyrygent, szybko, aby okazać swój smutek, zwyczajem galicyjskich Żydów, jednym szarpnięciem za klapę marynarki urwał wszystkie guziki i wysypał sobie na głowę popielniczkę z tlącymi się niedopałkami... tak, że zajęły mu się te jego piękne, napomadowane tęsknotą włosy, i goście musieli gasić go piwem. - Kurwa fiks! - krzyczał cichutko Egon - wszystko przez tego smarkacza Vladimira!
Bohumil Hrabal "Czuły barbarzyńca"


Komentuj(9)


Link :: 19.03.2005 :: 09:57

Kipi i wrze.
Dzis dzien otwarty na UW..
Rany rany.. Trzeba zajrzec a snieg popaduje - juz myslalam ze wiosna.

Komentuj(0)


Link :: 20.03.2005 :: 17:29

Czy udałoby mi się spotkać Magę? Tyle razy, gdy szedłem przez rue de Seine, wystarczało mi pochylić sięnad łukiem wychodzącym na Quai Conti, aby -- zaledwie szarooliwkoweświatło, które unosi się nad rzeką, pozwoliło mi odróżnić jakieś formy --jej szczupła sylwetka od razu rysowała się na Pont des Arts, czasemprzechodząca z jednej strony na drugą, czasem oparta o żelazną barierę,pochylona nad wodą. I wydawało się tak naturalne przejść na drugąstronę ulicy, wejść na stopnie mostu, na jego smukły kontur, zbliżyć siędo Magi uśmiechającej się bez zdziwienia, przekonanej, tak jak i ja, żeprzypadkowe spotkanie jest czymś najmniej przypadkowym w naszymżyciu i że tylko ci wyznaczają sobie rendez-vous, którzy pisują do siebiena liniowanym papierze, a pastę do zębów wyciskają od samego końcatubki.Ale teraz nie byłoby jej na moście. Jej delikatna twarz o przezroczystejcerze pochylałaby się ku starym portalom w dzielnicy Marais, możegawędziłaby ze sprzedawczynią frytek lub pogryzała parówki na BoulevardSebastopol. Zresztą doszedłem aż do mostu, ale Magi nie było. Teraz nieznajdowała się na mojej drodze, a jakkolwiek znaliśmy nasze adresyparyskich pseudostudentów, każdą pocztówkę uchylającą okienkoBracque'a, Ghirlandaia, Maxa Ernsta pośród tanich gipsowych ozdób ikrzykliwych tapet, nie szukaliśmy się w naszych mieszkaniach. Woleliśmyspotykać się na mieście, na tarasie kawiarni, w klubie filmowym lub teżwspólnie pochylać się nad kotem na byle podwórzu Quartier Latin.Chodziliśmy nie szukając się, ale wiedząc, że chodzimy po to, żeby sięznaleźć.Och, Maga, w każdej kobiecie, która była do ciebie podobna, nibyogłuszająca cisza wybierało jakieś wyostrzone krystaliczne oczekiwanie,klęsnące pośród smutku, jak mokry parasol, który się składa. Takwłaśnie jak parasol, Maga.Może przypomniałabyś sobie ten, który przeznaczyliśmy na straty nawzniesieniu parku Montsouris w lodowate, marcowe popołudnie...Wyrzuciliśmy go tam bo znalazłaś go, już trochę nadłamany, na Place dela Concorde i używałaś bardzo dużo, przeważnie pakując w żebrapasażerom metra czy autobusu, gdy roztargniona myślałaś o malowanychptaszkach lub o rysunku, który muchy pozostawiają na suficie.Tego popołudnia spadł drobny deszcz i pełna dumy chciałaś otworzyć twójparasol, kiedy wchodziliśmy do Parku, a zamiast tego w ręku wybuchła cikatastrofa zimnych błyskawic i czarnych chmur, strzępów poszarpanegomateriału i migotania wywichniętych drutów, i mieliśmy się zmoknięci,przekonani, że parasol znaleziony na Placu powinien godnie umrzeć wParku, nie zaś włączać się w nieszlachetny cykl koszów do śmieci irynsztoków; więc zwinąłem go jak mogłem najlepiej i zanieśliśmy go wwysoko położoną część ogrodu, obok mostku, przez który przejeżdżapociąg, i stamtąd cisnąłem go z całej siły w dół, w głąb parowu, w mokrąmurawę, ty zaś wydałaś okrzyk, w którym zabrzmiało coś nibyprzekleństwo Walkirii. Zatonął w głębi trawy jak statek, uległy zielonejwodzie, wodzie zielonej i burzliwej, à la mer qui est plus félonesse en étéqu'en hiver*, w perfidnej fali, Maga, zgodnie z wyszczególnieniami,którym oddaliśmy się przez dłuższą chwilę, zakochani w Joinville i wParku, sami spleceni jak zmoknięte drzewa albo jak para aktorów zdrugorzędnego węgierskiego filmu. A on pozostał nieruchomy wśródzieleni, niewielki i czarny niby zdeptany owad. I nie poruszył się, żadna zjego sprężyn nie powróciła do poprzedniej pozycji. Koniec. Skończone. Ioch, Maga, nie byliśmy zadowoleni...Czego szukałem na Pont des Arts? Mam wrażenie, że tego grudniowegoczwartku miałem zamiar iść na prawy brzeg, żeby napić się wina w kafejcena rue des Lombards, gdzie madame Leonie oglądała mi wnętrze dłoni,zwiastując podróże i niespodzianki. Nigdy cię tam nie zabrałem, abymadame Leonie obejrzała twoją rękę, może bałem się, że odczyta w niejjakąś prawdę o mnie, bo zawsze byłaś straszliwym zwierciadłem,monstrualnym, wszystko przekazującym przyrządem. I to, co nazywaliśmykochaniem się, znaczyło może, że stałem przed tobą z żółtym kwiatem wręce, ty zaś przytrzymywałaś dwie zielone świece, a wiatr wiał nam wtwarze deszcz wyrzeczeń, pożegnań i biletów metra. Wobec czego nigdycię nie zabrałem, ażeby madame Léonie, Maga... I wiem, bo mi topowiedziałaś, że nie lubiłaś, gdy widziałem, jak wchodzisz do małejksięgarenki przy rue de Verneuil, gdzie pochylony staruszek wypełniatysiące fiszek do kartoteki i wie wszystko, co można wiedzieć ohistoriografii. Chodziłaś tam bawić się z kotem, a stary pozwalał ci i o nicnie pytał, zadowolony, że od czasu do czasu podasz mu jakąś książkę zwyższej półki. A ty grzałaś się przy jego piecyku o długiej, czarnej rurze inie chciałaś, żebym wiedział, że chodzisz tam, aby usiąść koło pieca.Tylko że trzeba było to wszystko powiedzieć we właściwym momencie; aleniełatwo jest oznaczyć właściwy moment dla jakiejś rzeczy i nawet teraz,gdy oparty łokciami o most patrzę na przepływającą barkę koloru wina,piękną niby lśniący czystością karaluch, na kobietę w białym fartuchu,która na dziobie wiesza bieliznę, na zielono pomalowane okna zfiraneczkami à la Jaś i Małgosia, nawet teraz, Maga, pytam samegosiebie, czy całe to krążenie miało sens i czy aby dojść na rue desLombards, nie należało raczej przejść przez Pont Saint-Michel i Pont auChange. Aie gdybyś tu była tej nocy, jak tyle, tyle razy, wiedziałbym, żeto krążenie miało sens i że teraz ośmieszam tylko moją porażkęnazywając ją krążeniem. Chodziło już tylko o to, żeby podniósłszykołnierz kanadyjki iść dalej wzdłuż wybrzeży aż do dzielnicy wielkichskładów, która kończy się przy Châtelet, przejść pod fiołkowym cieniemwieży Saint-Jacques, myśląc o madame Léonie i o tym, że nie spotkałemciebie.Wiem, że pewnego dnia przyjechałem do Paryża, wiem, że jakiś czasżyłem na kredyt robiąc to, co robią inni, i widząc to, co inni widzą. Wiem,że wychodziłaś z kawiarni na ulicy Cherche-Midi i że zaczęliśmyrozmawiać. Tego popołudnia wszystko szło źle, bo moje argentyńskiezwyczaje nie pozwalały mi co chwila przechodzić z jednego chodnika nadrugi, ażeby oglądać nieinteresujące rzeczy na słabo oświetlonychwystawach jakichś ulic, których nazw już sobie nie przypominam. Więcszedłem za tobą niechętnie, uważając, że jesteś niesforna iniewychowana, aż zmęczyłaś się byciem nie zmęczoną i usiedliśmy wkawiarni na Boul' Mich', gdzie nagle, między dwoma croissants, opowiedziałaś mi potężny kawał swojego życia.Jak mogło mi przyjść do głowy, że to, co wydawało się kłamstwem, byłoprawdą, ów Figari w fioletach zmierzchu, twarze bez krwi, głód, bicie.Później uwierzyłem ci, później -- miałem powody, znalazła się madameLeonie i patrząc na moją rękę, która sypiała między twymi piersiami,niemal że dokładnie powtórzyła mi twoje słowa: "Tkwi w niej jakieścierpienie; zawsze tkwiło. Jest bardzo wesoła. Jej kolorem jest żółty, jejptakiem kos, jej porą --- noc, jej mostem -- Ponts des Arts". (Barkakoloru wina, Maga, i dlaczego nie uciekliśmy nią, póki jeszcze nie było zapóźno...)I popatrz -- ledwie poznaliśmy się, już życie knuło co mogło, żeby nasporóżnić. Ponieważ nie umiałaś udawać, od razu zdałem sobie sprawę, żeaby cię widzieć taką, jaką chciałem, należało zacząć od zamknięcia oczu,a wtedy najpierw coś niby żółte gwiazdy (poruszające się w aksamitnejgalarecie), potem czerwone skoki humorów i godzin, powolne wkraczaniew Mago-świat, który był niezdarnością i pogmatwaniem wszystkiego, alerównocześnie paprociami z podpisem tego pająka Klee, cyrkiem Miró,lustrem z popiołu Vieira da Silva, światem, w którym poruszałaś się jakkonik szachowy, który by się poruszał jak wieża, która by się poruszałajak laufer...Łaziliśmy wtedy do ciné-klubów oglądać nieme filmy, Ja -- bo takikulturalny, prawda? -- i ty, biedactwo, która nic a nic nie rozumiałaś zowego konwulsyjnego żółtego wrzasku jeszcze sprzed okresu twoichnarodzin, z tej pręgowanej emulsji, w której biegali umarli; dopiero gdyprzeszedł tamtędy Harold Lloyd, otrząsnęłaś się z wód snu, aby wreszcieuwierzyć, że wszystko to było bardzo dobre i że Pabst, i że Fritz Lang.Drażniłaś mnie trochę twoją manią doskonalenia się, podartymipantoflami, niechęcią do przyjmowania rzeczy przyjętych.Jedliśmy parówki na Carrefour de l'Odéon i jechaliśmy na rowerach naMontparnasse szukać jakiegokolwiek hotelu, jakiejkolwiek poduszki.Niekiedy jechaliśmy aż do Porte d'Orléans, poznawaliśmy coraz lepiejpuste przestrzenie za Boulevard Jourdan, gdzie czasami, o północy,spotykali się członkowie Klubu Węża, aby pogadać ze ślepymjasnowidzem -- cóż za podniecający paradoks. Zostawialiśmy rowery naulicy, włączając się w to wszystko powoli, zatrzymując się, aby popatrzećna niebo, bo jest to jedna z nielicznych dzielnic Paryża, gdzie niebopiękniejsze jest niż ziemia. Siedząc na kupie śmieci paliliśmy papierosy,a Maga głaskała mnie po włosach albo nuciła pod nosem melodie nawetnie wymyślone, bezsensowne śpiewne melodeklamacje, przerywanewestchnieniami albo wspomnieniami; korzystałem z tego, by myśleć orzeczach nieistotnych metodą, którą zacząłem stosować kilka latprzedtem w szpitalu, a która za każdym razem wydawała mi sięskuteczniejsza i bardziej potrzebna. Z wielkim wysiłkiem, gromadzącpomocnicze obrazy, myśląc o zapachach i twarzach, wydobywałem w końcuz nicości jakąś parę brązowych półbutów, których używałem w Olavarría w1940 roku. Miały gumowe obcasy, cienkie podeszwy, tak że kiedy padało,woda przenikała mi do duszy. Gdy w ręku pamięci trzymałem tę parępółbutów, reszta zjawiała się sama: na przykład twarz donii Manueli albopoeta Ernesto Morroni. Ale przepędzałem ich, bo gra polegała nawyławianiu tylko tego, co najbłahsze, ukryte, przebrzmiałe.Przerażony, że mógłbym sobie nie przypomnieć, atakowany przez moleproponujące zwłokę, ołupiały na skutek ocierania się o czas, obokpółbutów widziałem wreszcie puszeczkę herbaty "El Sol", którą mi dałamatka w Buenos Aires. I łyżeczkę do herbaty, łyżeczkę-pułapkę, z którejczarne myszki, żywcem topione w szklance ukropu, wypuszczały musującepęcherzyki. Przekonany, że pamięć zachowuje wszystko, a nie tylkoAlbertyny i inne wielkie efemerydy serca i nerek, upierałem się, abyodtworzyć moje biurko na Floreście, niezapamiętywalną twarz dziewczynyimieniem Gekrepten, ilość piórek do tuszu w moim piórniku z piątejklasy, doprowadzony w końcu do drżenia i rozpaczy (bo nigdy nie mogłemprzypomnieć sobie tych piórek, wiedziałem, że leżały w piórniku wspecjalnej przegródce, ale nie wiedziałem ani ile ich było, ani kiedy byłoich dwa, a kiedy sześć), aż do chwili gdy Maga, całując mnie i dmuchającw twarz dymem i ciepłym oddechem, przywracała mnie rzeczywistości, iśmiejąc się rozpoczynaliśmy nową wędrówkę pośród śmieci, wposzukiwaniu członków Klubu. Już wtedy zdałem sobie sprawę, żeszukanie jest moim znakiem, emblematem łażących po nocy bezokreślonego celu, racją bytu tych, którzy niszczą kompasy.Z Maga do umęczenia mówiliśmy o metafizyce, bo to samo zdarzało sięjej (i nasze spotkanie tym było, i tyle innych rzeczy, tak ciemnych, jakzapałka), sytuacje wyjątkowe, znajdowanie się w jakichś innychszufladkach niż normalni ludzie, a wszystko to mimo że nie gardziliśmynikim i nie czuliśmy się żadnymi wyprzedażowymi Maldororami ani teżbłądzącymi Melmothami.Nie wydaje mi się, aby świetlik czerpał specjalną satysfakcję z niezbitegofaktu, że jest jednym z największych cudów tego cyrku, a przecieżwystarczy przypuścić, że ma świadomość, aby zrozumieć, że za każdymrazem, kiedy mu się zapala brzuszek, musi czuć coś w rodzaju dumy zpowodu wyjątkowego przywileju. W ten sam sposób Magę zachwycałynajnieprawdopodobniejsze komplikacje, w które z powodu bankructwawszelkich życiowych praw zawsze była wplątana. Należała do tych, podktórymi most potrafi się załamać wyłącznie dlatego, że na niego weszli,do tych, co szlochają, gdy wspomną los loteryjny, na który właśnie padłopięć milionów, a który przecież dopiero co widzieli na wystawie... Ja bylemraczej przyzwyczajony do tego, że zdarzają mi się rzeczy umiarkowaniewyjątkowe, i nie uważałem za nic przerażającego, gdy wszedłszy dociemnego pokoju po album płyt, nagle poczułem na ręce ciało olbrzymiejstonogi, która jego grzbiet wybrała sobie jako miejsce do spania, anitego, ani dużych zielonych lub szarych kłaków w paczce papierosów, anigwizdu lokomotywy dokładnie w tym momencie i tonacji, które byłypotrzebne do włączenia się ex officio do jednego z pasaży symfoniiLudwika van, ani incydentu w pisuarze przy rue Medicis, gdzie zobaczyłemczłowieka, który siusiał z namaszczeniem, potem zaś, wychodząc zeswojej przegródki, odwrócił się ku mnie i pokazał na rozwartej dłoni, nibyjakiś sprzęt liturgiczny i bezcenny, członek niewiarygodnej wielkości ikoloru, i w tym samym momencie uświadomiłem sobie, że ten człowiekjest absolutnie identyczny z tamtym (jakkolwiek nie był tamtym), którydwadzieścia cztery godziny przedtem w Salle de Geographic rozwodził sięna temat totemów i tabu i pokazywał publiczności, unosząc je staranniena rozwartej dłoni, pałeczki z kości słoniowej, pióra ptaka-liry, rytualnemonety, magiczne sierpy, gwiazdy morskie, zasuszone ryby, fotografiekrólewskich konkubin, dary myśliwych i olbrzymie zabalsamowaneskarabeusze, na których widok niezawodne panie drżały z pełnej lękurozkoszy.W sumie niełatwo jest mówić o Madze, która o tej porze z pewnościąspaceruje po Belleville albo Pantin, pilnie wpatrując się w ziemię aż dochwili, gdy znajdzie strzępek czerwonego materiału. Jeżeli go nieznajdzie, będzie tak chodziła przez całą noc -- oczy szklane --przeszukując kosze do śmieci, pewna, że jeżeli nie trafi na ten symbolokupu, ten znak przebaczenia albo niechby już odroczenia, zdarzy jej sięcoś okropnego. Wiem, co to jest, bo ja także posłuszny jestem takimznakom, także od czasu do czasu poszukuję czerwonych szmatek. Oddzieciństwa, kiedy mi coś upadło, musiałem to podnieść za wszelką cenę,bo jeżelibym nie podniósł, spotkałoby nieszczęście nie mnie, lecz kogoś,kogo kocham, a czyje imię zaczyna się na taką samą literę, jak nazwaupuszczonego przedmiotu. Kiedy coś spada mi na podłogę, zupełnie niemogę się opanować, w dodatku nic nie pomaga, jeżeli to podniesie ktośinny, zły czar bowiem będzie działał nadal. Z tego powodu wielokrotniebrano mnie za wariata, zresztą rzeczywiście jestem wariatem, kiedy torobię, kiedy pospiesznie podnoszę ołówek albo kawałeczek papieru, którewypadły mi z ręki, tak jak tego wieczoru było z kawałkiem cukru wrestauracji na rue Scribe, szykownej restauracji pełnej dyrektorów, kurw wsrebrnych lisach i dobrze prosperujących małżeństw. Byliśmy tym razem zRonaldem i Etienne, i spadł mi na ziemię kawałek cukru, który potoczyłsię aż do sąsiedniego stolika, daleko poleciał, bo normalnie kawałkicukru zatrzymują się, zaledwie dotkną ziemi, zgodnie z oczywistymiobyczajami sześcianów. Ale ten zachowywał się jak kulka naftaliny, cotylko zwiększyło moją obawę, bo prawie uwierzyłem, że faktyczniewyrwano mi go z ręki. Ronald, który mnie zna, rzucił okiem, gdzie sięzatrzymała kostka, i zaczął się śmiać, co jeszcze bardziej przestraszyłomnie i rozzłościło. Podszedł kelner, który pewnie pomyślał, że upadło micoś wartościowego, "parker", a może sztuczne zęby, ale tylko mniezgniewał, tak że nawet nie mówiąc "przepraszam" rzuciłem się na ziemię izacząłem szukać pomiędzy butami zaciekawionych gości, pewnych -- isłusznie -- że chodzi o coś ważnego. Przy stole siedziała jakaś gruba rudai druga trochę mniej gruba, ale też kurwowata, i ze dwóch dyrektorów czycoś w tym rodzaju. Po pierwsze, zdałem sobie sprawę, że kostki nie widać,a przecież sam widziałem, jak skakała pomiędzy butami, które poruszałysię jak niespokojne kury, po drugie, na podłodze leżał dywan i jakkolwiekbył zupełnie zniszczony, .widać zdołała ukryć się w jego załamaniach, bonie mogłem jej znaleźć. Kelner rzucił się na ziemię z drugiej strony stołu ijuż byliśmy parą czworonogów poruszających się między kurami-butami,które ponad nami gdakały jak oszalałe. On, ciągle przekonany, że chodzio "parkera" albo o luidora, kiedy już na dobre zadomowiliśmy się podstołem w intymnej, mrocznej atmosferze, zapytał mnie -- a gdy muodpowiedziałem, zrobił minę nadającą się do uwiecznienia, ale mnie niebyło do śmiechu, strach zamknął mi żołądek na dwa spusty i w końcuogarnęła mnie zupełna rozpacz (kelner podniósł się, wściekły), i zacząłemchwytać za damskie pantofle i patrzeć, czy pod wzniesieniem podeszwynie przyczaił się cukier, a kury gdakały, dyrektorzy-koguty dziobali mniew plecy, Roland i Etienne pokładali się ze śmiechu, ja zaś miotałem sięod stolika do stolika aż do chwili, gdy znalazłem moją kostkę ukrytą zanóżką Drugiego Cesarstwa.I wszyscy wściekli, nawet ja, z cukrem w zaciśniętej pięści, czując, jaktopnieje, jak ohydnie rozłazi się w coś w rodzaju lepkiej mazi. I codziennie zdarzenia w tym stylu.

Julio Cortazar "Gra w klasy" - rozdział 1.

Komentuj(1)


Link :: 28.03.2005 :: 13:49

Z okazji ŚWIĄT

Komentuj(23)


Link :: 31.03.2005 :: 21:43

"Dachom trójkątnym, łagodnym i płaskim powierzam moje stopy lunatyka. Czasy są takie niepewne. A na dachy nikt nie rzuca skórek od bananów.
Jeśli można, to trochę piaku w dłonie. Będę bawił sie przesypywaniem go z ręki do ręki. Nie wiedziałem nigdy co począć z palcami. Dlatego tak bardzo podniecały mnie giętkie szyjki tulipanów."
Sted.

Komentuj(4)


2017
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad